Cult Beauty kalendarz adwentowy 2022

Można by pomyśleć, że post nieaktualny, spóźniony i już w ogóle nie ma o czym mówić, ale ja Wam zaraz udowodnię, że temat jest jak najbardziej aktualny i nic a nic nie spóźniony, no może odrobinę, ale o tym za moment. 

Skąd ten pomysł, żeby omówić we wrześniu kalendarz adwentowy z kosmetykami z zeszłego roku? Pomyślałam sobie, że ten temat może się przydać wielu osobom. Chciałabym tutaj podsumować Wam zeszłoroczny zakup kalendarza, podzielić się wrażeniami i uzasadnić warto czy nie warto inwestować ponad 1000 zł w kalendarz z kosmetykami. 

Najwięcej recenzji kalendarzy pojawia się tuż przed ich datą sprzedaży, ale wtedy nie wielkiego pojęcia jak dane kosmetyki się sprawdzają, czy rzeczywiście dany kalendarz wart jest swojej ceny i na ile nam starczy. Bo jeśli te ponad 1000 zł ma się przełożyć na zestaw kosmetyków, którymi będziemy się cieszyć miesiąc czy dwa, to uważam, że szkoda pieniędzy. 

Osobiście wspomnę, że kalendarz Cult Beauty był kalendarzem moich marzeń. Są inne kalendarze dostępne na rynku, jest ich wiele, ale jedynie na ten kalendarz potrafiłam wydać ponad 1000 zł. 

Czy był wart swojej ceny? Przejdźmy do konkretów. Łącznie w środku było 37 produktów, w tym 14 pełnowymiarowych. Wydałam na niego ok. 1100 zł (z kodem rabatowy), co daje nam cenę ok. 30 zł za produkt. Wydaje mi się, że żaden z produktów z kalendarza, nie miał niższej ceny rynkowej niż 30 zł, więc tutaj już nam się opłaca. 

A co z produktami? Tyle tego jest, ale czy da się je wpleść do rutyny? Na ile starczają i czy rzeczywiście warto je mieć? Omówmy każdy produkt po kolei. 

111SKIN, Oxygen Express Mask (30ml) - przyjemny dodatek w rutynie pielęgnacyjnej. Nie jest absolutnie niezbędna, ale z przyjemnością jej używam. Jest bardzo wydajna, starczyła mi już na jakieś 7-8 aplikacji, jak nie więcej. 

Augustinus Bader, The Rich Cream (15 ml) - niby mało plus cena taka, że szkoda tego używać... Ale za to rozmiar taki, że krem idealnie nadaje się na wyjazdy. Dzięki temu, gdy rozmiar bagażu mamy ograniczony, albo chcemy zabrać ze sobą jak najmniej rzeczy, to świetnie nada się właśnie ten produkt. Towarzyszył mi podczas kilku wyjazdów, nigdy go nie żałowałam, a cera była rozpieszczona pomimo okrojonej (jak to bywa na wyjazdach) pielęgnacji. 

Biossance, Squalane and Copper Peptide Rapid Plumping Serum (50 ml) - dla tego serum to ja właściwie kupiłam ten kalendarz. Trochę się bałam, czy nie będzie tłuste i olejowe, ale było to jedno z wspanialszych i lżejszych ser, jakie używałam. 

Briogeo, Superfood Hair Mask (59 ml) - niby mała ta maska, ale dosłownie wczoraj ją skończyłam. Starczyła mi na prawie rok. Używałam jej zamiennie z innymi produktami, średnio 3-4 razy w miesiącu. Włosy po niej były piękne, nie puszyły się, wygładzone, dociążone i lekko odbite u nasady. 

BYOMA, Moisturising Gel Cream (50 ml) - kolejny bardzo przyjemny produkt. Łagodny, delikatny, o żelowej konsystencji, doskonale się sprawdzał w warstwowej pielęgnacji. Bogaty w ceramidy i niacynamid, dwa bardzo cenne składniki. Używałam go długo, następnie przekazałam mojej siostrze, bo ona czegoś takiego szukała, a ja na brak kremów nie narzekam. 

Charlotte Tilbury, paleta cieni do powiek "Exagger-Eyes" - na ten produkt czekałam! Bardzo chciałam coś przetestować z tej marki. To czym się wyróżnia ta paletka od cieni z drogerii, to fakt, że te cienie są bardzo mocno napigmentowane. Pomimo bardzo delikatnych odcieni, ich moc jest niezwykła. Dodatkowy plus za mały rozmiar, bo łatwo ją ze sobą zabrać, jeśli potrzebujemy się gdzieś spakować. 

Colow WOW, Dram Coat spray (50 ml) - ciągle zapominam o tym, żeby użyć tego produktu. Super jest, włosy po nim są jak z reklamy. W związku z tym, że po spryskaniu włosów należy je wysuszyć suszarką, można uzyskać piękny efekt przed tzw. wielkim wyjściem. Mnie czasami jest go szkoda używać, żeby potem prosto iść spać, ale efekt jest naprawdę świetny. 

Cult Beauty, jedwabna opaska do spania - dla mnie super. Śpię zawsze z opaską na oczy, więc mogłam śmiało wymienić starą na nową i to jakiej jakości!

Dr. Dennis Gross Skincare, Alpha Beta Pore Perfecting & Refining Serum - to jest niesamowite serum. Wszystkie niedoskonałości po nim znikają, nie podrażniał mimo bardzo konkretnych składników. Jest to serum, na jakie poluje regularnie na Vinted i kupuje za śmieszne pieniądze, a wart jest każdej ceny. 

Dr. LEVY Switzerland, Pollution Shield 5SPF (60 ml) - tutaj zupełnie nie wiedziałam jak mam ten kosmetyk używać. Z jednej strony ma być ostatnią warstwą w pielęgnacji, ale z drugiej strony, zawsze jako ostatnią nakładam krem SPF30 lub większą ochroną. Tak więc sprzedałam na Vinted, nie zmarnowało się. 

Drunk Elephant, Jelly Cleanser (60 ml) - przyjemna galaretka do demakijażu. Raczej nie kupię ponownie, bo wiem, że są lepsze produkty na rynku, ale zużyłam i była całkiem ok. Trochę szczypała w oczy, ale makijaż bezbłędnie rozpuszczała.

Farmacy, Honey Halo Ultra-Hydrating Ceramide Moistruiser (50 ml) - długo nie otwierałam tego kremu, bo wydawał mi się bardzo ciężki. Po tym jak go otworzyłam, to okazał się chyba najlepszym kremem do twarzy jaki miałam okazję stosować. Konsystencja na pierwsze rzut oka tłusta i ciężka, wchłaniała się perfekcyjnie. Doskonale się sprawdzał pod makijaż, pod krem z filtrem, warstwowo na noc... Zawsze idealnie. 

Glow Recipe, Watermelon Glow Niacinamide Dew Drops (15 ml) - trochę się zniechęciłam tym produktem do całej marki Glow Recipe, z racji tego, że wcześniej nie miałam z nią styczności. Serum nie przypadło mi do gustu ze względu na fakt, że nie za bardzo miałam jak je wpleść do mojej rutyny pielęgnacyjnej (wiem, to moja wina, a nie produktu) a po drugie nie spodobała mi się pompka, bo pod koniec już nie dało się nic wydobyć, a widać było, że jeszcze na ho ho starczyłoby tego serum. Używałam go bardzo nieregularnie i nie zauważyłam wielkich efektów. Jako spoiler mogę dodać, że inne produkty tej marki, które w międzyczasie miałam okazję przetestować są rewelacyjne. 

Hair By Sam Mcknight, Deeper Love Intense Treatment Mask (50 ml) - rewelacyjna maska do włosów. Pachnie ziołowo, bardzo intensywnie, powiedziałabym, że aż za bardzo, a sam zapach utrzymuje się przez kilka dni, czasami nawet po umyciu szamponem i nałożeniu innej maski czy odżywki, nadal można go wyczuć. Sama maska jest świetna. Efekt tej maski to włosy takie, jakie chcielibyśmy mieć zawsze, sypkie, odbite u nasady, wygładzone (nie puszą się), nie przetłuszczają się przez 2-3 dni (prz aktywnym trybie życia), mnie osobiście bardzo spodobał się ten produkt. 

Hourglass, Caution Extreme Lash Mascara (5,5g) - miałam problem z tą maskarą, nie współpracowała ze mną i za każdym razem bardzo brudziłam sobie powiekę. Poza tym wszystko ok. Z przyjemnością przeszłam do używania kolejnego tuszu, który już mnie nie brudził. 

Huda Beauty, Powder Bullet Cream Glow Sweet Nudes - mnie się trafił odcień "Sweet Cheeks'. Rzadko używam szminek, ale dzięki tej, częściej chętniej po nie sięgam. Duży plus za to, że nie wysusza ust, jest trwała, łatwo się nakłada na usta i nawet osoby, które nie są ekspertami w makijażu, powinny sobie z nią poradzić. 

HUM Nutrition, Hair sweet hair (14 żelków) - nie ma co ukrywać, że 14 zjedzonych żelków zmieni kondycję naszych włosów. Zjadłam, żadnej różnicy nie zauważyłam. 

Jo Loves, candle 'Christmas Tree' (70g) - bardzo wydajna i ładnie pachnąca świeczka. Starczyła na wiele zimowych wieczorów.

K18, leave-in Molecular Repair Hair Mask (5 ml) - opakowanie malutkie, ale warte ponad 50 zł. Zużyłam chyba na dwa razy. Efekt był całkiem ładny, może jakiś spektakularnych efektów doczekałabym się podczas regularnego stosowania.

Laneige, Lip Sleeping Mask 'Chocolate' (20g) - uwielbiam tę maskę. Mam jedną już otwartą od dokładnie roku i nie używam jej co wieczór. Maskę na usta z kalendarza oddałam siostrze, bo w mojej poprzedniej denka nie widać, a szkoda, żeby taki produkt się zmarnował. Na pewno kupię sobie kolejne opakowanie. W przypadku wersji 'chocolate' duży plus za to, że produkt wygląda jakbyśmy nałożyli błyszczyk na usta, nadaje im piękny kolor. 

Laura Mercier - Pure Canvas Hydrating Primer (25 ml) - nie używam tego typu produktów i przyznam, że sprzedałam ten produkt na Vinted. Natomiast jeśli ktoś na co dzień używa bazy pod makijaż, to myślę, że jest okazja na przetestowanie czegoś z górnej półki. 

Malin+Goetz, Dark Rum Perfume Oil (9ml) - raczej męskie te perfumy mi się wydawały i oddałam je bratu. 

Medik8, r-Retinoate Intense (15 ml) - ten produkt to był dla mnie chyba od początku najcenniejszy i jednym z głównych powodów zakupu tego kalendarza. W związku z tym, że zimą miałam już otwarte produkty z retinolem/retinalem, więc ten czekał na swoją kolej. W międzyczasie okazało się, że moja cera nie kocha retinoidów, więc z bólem serca sprzedałam ten produkt. Myślę (mam nadzieję), że osoba która go kupiła, będzie z niego zadowolona. 

NIOD, Multi-Molecular Hyaluronic Complex (15 ml) - przyjemne serum z kwasem hialuronowym, świetnie się nadaje do wplecenia w rutynę pielęgnacyjną, ciężko się z nim nie dogadać. 

Pai Skincare, The Impossible glow Hyaluronic Acid Highlighting Drops in 'Champagne' (10ml) - to jest jakieś cudo, ale przekonałam się dopiero po tym, jak oddałam siostrze. Oddałam, bo mam jeden rozświetlacz i pewnie będę go używała przez kolejne kilka lat, więc ten przekazałam dalej, żeby się nie marnował. Produkt jest niezwykle delikatny, wygląda bardzo naturalnie i łatwo też się rozprowadza. Myślę, że gdybym chciała sobie kupić jakiś rozświetlacz, to brałabym ten produkt po uwagę 

Ren Clean Skincare, Brightening Dark Circle Eye Cream (15ml) - świetny krem pod oczy. Wydaje się być ciężki w konsystencji, ale pięknie się rozprowadza i wchłania. Bardzo dobry krem pod oczy i myślę, że będę do niego wracać. 

Roen, Roglow Skin Stick in 'Glazed - to też sprzedałam. Bardzo mocny wydawał się być ten rozświetlacz.

Sachajuan Scalp Shampoo and Conditioner (100+100ml) - świetne dwa produkty. Szampon niezwykle delikatny, bardzo dobrze się pienił. Przyjemność ze stosowania zauważyła nawet moja mama, która od zawsze używa tego samego szamponu i jednego kremu, który ma być do wszystkiego. Plus za format, ponieważ łatwo było wziąć ze sobą szampon jak i odżywkę. I kolejny plus za wydajność. Odżywkę używam wtedy, kiedy mam mało czasu, a potrzebuję mieć pewność, że włosy będą dobrze wyglądać. 

Sol de Janeiro, Bom Dia Bright Cream (75 ml) - marzyłam o tym, żeby wypróbować ten balsam do ciała. No i był super. Idealnie starczył na dwutygodniowy wyjazd. Zapach ma przepiękny i czuć, że produkt nawilża. Raczej nie kupię ponownie tego produktu ze względu na ceną, wydaje mi się nieco przesadzona. Natomiast jeśli trafi mi się jeszcze w jakiś kalendarzu czy boxie kosmetycznym, to z największą przyjemnością go użyje. 

Sunday Riley, C.E.O. 15% Vitamin C Brightening Serum (30 ml) - rewelacyjne serum z witaminą C. Starczyło mi na kilka miesięcy codziennego używania. Bardzo lekka konsystencja, świetnie sprawdza się pod makijaż. Podczas używania tego produktu, moja cera była w doskonałej kondycji. Na sam koniec pompka nie wydobywała już produktu i musiałam za każdym razem rozkręcać buteleczkę, ale produkt i tak świetny. 

Supergoop! Unseen Sunscreen SPF 30 (15 ml) - to jest jakiś kosmos. Pierwszy raz w życiu używałam takiego krem z filtrem, który jest dosłownie niewidoczny na naszej cerze i dodatkowo w konsystencją bardziej przypomina bazę pod makijaż, a nie krem z filtrem. Niesamowite odkrycie. Nie roluje się, bardzo łatwo rozprowadza i jest dosłownie niewidoczny. Co ciekawe, widziałam, że znajdziemy go także w tegorocznym wydaniu kalendarza Cult Beauty. 

The INKEY List, Polyglutamic Acid Serum (30 ml) - serum o działaniu nawilżającym. Działa, ale za to śmierdzi jak nie wiem co. Zużyłam je całe, ale raczej już do niego nie wrócę ze względu na zapach. 

Virtue, Healing Oil (9 ml) - bardzo sympatyczny olejek do włosów. Mała pojemność, ale niewielka ilość wystarcza, żeby rozprowadzić go na włosach. Używam go około 9 miesięcy i zostało mi mniej więcej 1/3 opakowania. Cieszę się, że natknęłam się na ten produkt. Duży plus za niewielkie opakowanie, bo tego typu produkty zużywa się na prawdę bardzo powoli. 

Youth To The People, Adaptogen Deep Moisture Cream (59 ml) - otworzyłam ten krem zaledwie kilka tygodni temu, bardzo się polubiliśmy. Używam go rano, idealnie się rozprowadza, wchłania i nie roluje pod SPF czy makijażem. Z przyjemnością kiedyś do niego jeszcze wrócę.

Zelens, Powder D Fortyfying and Restoring (10 ml) - długo używałam tego produktu, nie byłam w tej kwestii konsekwentna i kiedy pamiętałam, to go nakładałam. Używałam go strasznie długo, ostatecznie na którymś z wyjazdów go skończyłam. 

Jak bym podsumowała zakup kalendarza w zeszłym roku? Na pewno bardzo się opłaca. Tak jak mogliście przeczytać powyżej, to co mi nie pasowało to albo sprzedawałam, albo oddawałam komuś z rodziny. 

W edycji z 2022 roku było niezwykle dużo rzeczy od włosów. Na początku wydawało mi się to znaczną przesadą i zupełnie bez sensu, ale po jakimś czasie doceniłam. Warto zwrócić uwagę na to, że są to kosmetyki z górnej półki, które zazwyczaj dobrze się sprawdzają, zwłaszcza w pielęgnacji włosów. Dzięki temu, że tych produktów do włosów jest ich aż tyle, to mogę sobie nimi żonglować w pielęgnacji. Odkąd jestem szczęśliwą posiadaczką kalendarza Cult Beauty z 2022 roku nie kupiłam żadnego kosmetyku do włosów (poza szamponem). 

To, co bardzo lubię w kalendarzach adwentowych i edycjach specjalnych (tzw. boxy), to fakt, że mam potem mnóstwo kosmetyków, które mogę używać w zależności od potrzeb skóry czy włosów, a także czasu jaki mam do dyspozycji czy zwyczajnie mogę sięgnąć po coś, na co mam ochotę i mam duży wybór. 

W tym roku przymierzam się do zakupu tegorocznego kalendarza Cult Beauty, o ile jakiś inny nie przykuje mojej uwagi, ale nie sądzę. 

Gdyby ktoś z Was widział, że chce sobie kupić jakiś kalendarz adwentowy, ale zastanawia się, czy nie jest to zbędny wydatek, to tu się wtrącę i powiem, że nie jest to zbędny wydatek. Oczywiście, o ile nie wybierzecie jakiegoś kalendarza, który ma same próbki czy nieciekawe produkty.


Zdjęcie: link

Komentarze

Popularne posty