Ulubieńcy listopada
Cześć,
Miałam całą masę próbek różnych produktów z marki Kiehl's, głównie różnego rodzaju żele do twarzy, i w ramach czyszczenia zapasów kosmetycznych, zaczęłam ich używać na co dzień. Muszę przyznać, że po wypróbowaniu ponad pięciu różnych produktów oczyszczających do twarzy z tej właśnie marki, muszę przyznać, że każdy z nich okazał się niesamowitym odkryciem. Bez żadnych wątpliwości mogę powiedzieć, że są one warte swojej ceny, każdy z osobna. Oczywiście, warto podebrać produkt pod siebie oraz nie używać silnie złuszczających żeli codziennie, ale śmiało można je kupić w ciemno. Nigdy nie miałam do czynienia z tak delikatną pianką, która się wytwarza w kontakcie z wodą, nigdy, absolutne cudo. Jeśli ktoś poszukuje produktu myjącego do twarzy, myślę, że warto wydać pieniądze na jeden z produktów tej marki. Jeszcze innym rozwiązaniem są odwiedziny w sklepie Kiehl's i wzięcie kilku próbek tego, co chcielibyśmy przetestować.
Repair Base Neonail to moje kolejne odkrycie. Kupiłam ją już jakiś czas temu z myślą o tym, że wzmocni moje paznokcie po hybrydzie. Długo jej nie używałam, bo chciałam skończyć bazę, którą miałam już otwartą. W międzyczasie przypomniałam sobie, że producent pisał, że produkt ten możemy także stosować samodzielnie na paznokcie, bez nakładania koloru i topu. Tak więc w ostatnim czasie wypróbowałam ten patent i też się bardzo miło zaskoczyłam. Paznokcie zostały wzmocnione, bezbarwny kolor bardzo ładnie wyglądał. Dodatkowo przyznam się, że nie przyłożyłam się zbytnio do tego, żeby super perfekcyjnie nałożyć tę bazę i zostały niewielkie niedociągnięcia. Dzięki temu, że jest to kolor bezbarwny, zupełnie nie rzucały się w oczy.
Bioderma Cicabio - ten produkt niejednokrotnie uratował moją cerę i teraz, po co najmniej 7 latach ponownie do niego wróciłam. To jest absolutny hit, ale taki 'top of the top', żałuję, że zapomniałam o nim na tyle lat. Z tego co pamiętałam, był tłusty i lekko się po nim skóra świeciła. Wydaje mi się, że w międzyczasie receptura została ulepszona, ponieważ jest on dosłownie niewidoczny na skórze, delikatnie wyrównuje jej koloryt i o żadnym świeceniu nie ma mowy, ale to żadnym. Nie wiem czy czuć mój entuzjazm w tym opisie, ale absolutnie przebija ten krem wszystkie inne kremy. Kiedyś pomógł mi do zera pozbyć się wszelkich niedoskonałości na cerze, nie mam zielonego pojęcia dlaczego przestałam go używać. Teraz jeśli miałabym polecić komukolwiek jeden krem, który pomoże złagodzić wszystkie niepożądane stany cerze, poleciłabym w ciemno ten krem. Mogłoby się wydawać, że będzie tłusty w rodzaju Alantanu, ale nic bardziej mylnego. Ostatnio borykam się z zaczerwienioną skórą a twarzy i ten krem robi cuda, mogę go także dokładać kilka razu w ciągu dnia, i nic nie zaczyna się wyświecać, rolować, lepić itp. Wydaje mi się też, że sama jego cena nie jest bardzo wysoka, ja kupiłam go za ok. 35 zł i były to najlepiej wydane 35 zł w ostatnim czasie.
Na koniec jeszcze wspomnę tu o kawie. Odkryłam w zeszłym miesiącu kawę rozpuszczalną Krukam, a konkretniej kawę o aromacie ciasteczkowym (są też inne do wyboru). Absolutnie się w niej zakochałam. Generalnie jestem wielką fanką espresso, ale ciężko jest je znaleźć gdziekolwiek poza Włochami. Kawa rozpuszczalna z espresso nie ma prawie nic wspólnego, ale może jestem fanką dwóch skrajności? Kawę krukam piję z dużą ilością mleka, najlepiej spienionego. To, co zauważyłam, to fakt że jest ona bardzo wydajna. Jeśli chodzi o mnie, to płaska łyżeczka jest dla mnie idealna, w przeciwnym wypadku już przestaje mi smakować.
Zapomniałabym o czymś na natłok myśli, dosłownie! Chodzi tu o olejek eteryczny w formie roll-on Klaudyny Hebdy. Kupowałam jej roll-ony na prezenty gwiazdkowe i przy okazji kupiłam też jeden dla siebie. Czy on coś daje? Nie mam zielonego pojęcia? Czy lepiej się śpi? Jak jestem zmęczona to zawsze szybko zasypiam. Na pewno nie jest czymś niezbędnym, ale ja osobiście lubię różne rytuały, a ten olejek idealnie się wpasowuje w moje wieczorne rytuały. Zapach też jest bardzo przyjemny, po dłuższej chwili zupełnie niewyczuwalny.
To by było tyle na dzisiaj, mam nadzieję, że udało mi się Was zaciekawić moimi ulubieńcami.
Nie! Jeszcze jest książka Gdzie śpiewają raki, autorem jest Delia Owens. Od dawna chciałam pójść na to do kina, a potem przestali to grać... Przymierzałam się też do zakupu książki, ale też to odkładałam. Ostatnio będąc z siostrą w Empiku, zobaczyłam tą książkę i zapytałam się czy ją zna, taką dostałam odpowiedź: "Ale się skończyła, co nie?!'. Reakcja mojej siostry przekonała mnie do zakupy i jeszcze tego samego dnia miałam książkę w ręku. Całe szczęście, że nie zdradziła mi, jak się kończy. Książkę połknęłam w jeden dzień i zachęcam do przeczytania :)
xx



Komentarze
Prześlij komentarz