Denko #3

Cześć, czas na kolejne denko. W ubiegłym tygodniu tak się złożyło, że skończyłam aż 8 różnych produktów. Trochę to naciągane, bo dwa z nich to zaliczyłabym je do przeterminowanych, ale zaraz do tego przejdziemy. 

Pierwszym są Silcatil, złuszczająca maska na pięty. Użyłam jej jakieś 10 dni temu, złuszczanie nastąpiło dopiero po tygodniu. Czytając opinie o tej masce na pięty, spodziewałam się, że szybciej zacznę się łuszczyć, długo nic się nie działo. Maskę miałam z boxa Pure Beauty, jednej z wiosennych edycji. W związku z tym, że maska trafiła do mnie tuż przed sezonem letnim, gdzie większość czasu spędziłam w Birkenstockach, poczekałam z jej aplikacją do końca lata. Patrząc na to, co teraz schodzi mi z pięt, muszę przyznać, że działanie jest jak najbardziej w porządku. Nie jest to jakaś odrobina gdzieś łuszczącej się skóry, ale konkretne płaty, które odpadają od pięt. Najtrudniej w tym wszystkim jest okiełznać te wszystkie małe skórki, które się gubi dookoła. Generalnie produkt oceniam na plus, myślę, że kupując następnym razem tego rodzaju produkt, chętnie sięgnę po coś z tej marki.

Po miesiącu nieregularnego używania, bo wymiennie z innymi produktami, mąż skończył żel prod prysznic i szampon marki Yope drzewo cedrowe. Produkt kupiłam ze względu na to, że jechaliśmy na wakacje i chciałam ograniczyć ilość kosmetyków, jakie ze sobą zabraliśmy, w tym przypadku był to jeden produkt to mycia ciała jak i włosów. Raz zdarzyło mi się skorzystać z tego żelu i muszę przyznać, że był on niezwykle gęsty, ciężko się wydobywa. To chyba jedyny minus. Poza tym robił to co miał robić, mył, pienił się i ładnie pachniał. Jeśli miałabym go kupić kolejny raz, to raczej w opakowaniu z pompką, a nie w tubie, ze względu na siłowanie się z nim, żeby cokolwiek z tej tuby wycisnąć. 

Mar Morto body scrub z marki Bottega Verde. Bardzo lubię markę Bottega Verde i raz na jakiś czas robię tam zakupy, które zresztą bardziej się opłacają na włoskiej stronie, gdzie mamy dostawę gratis, niż na polskiej, ponieważ w Polsce nie ma praktycznie żadnych przecen. Scrub kupiłam w promocji -70%, które są czymś zupełnie normalnym, wystarczy raz na jakiś czas odwiedzać ich stronę. Lubię testować produkty tej marki i tym razem padło na peeling solny do ciała. Solnych peelingów nie lubię, ale innych nie mają w swojej ofercie. Na szczęście byłam bardzo pozytywnie zaskoczona peelingiem, ponieważ sól była bardzo drobniutka, nie podrażnia, doskonale się sprawdziła. Mając możliwość wyboru pomiędzy peelingiem solnym a cukrowym, wybiorę zawsze ten cukrowy, ale ten solny peeling byłabym gotowa kupić jeszcze raz, zwłaszcza w jakiejś promocji. Dodam jeszcze, że zostawiał on na skórze tłustą warstwę, ale była ona bardzo subtelna, nie wymaga nakładania kolejnej warstwy balsamu po kąpieli, ale też nie lepiła się do ubrań, szybko się wchłaniała. 

Dalej mamy serum z witaminą C Ecooking, miałam już co najmniej 4 te sera z różnych boxów kosmetycznych. Myślę, że na rynku jest wiele kosmetyków z witaminą C, które lepiej działają. Używam na co dzień serum z witaminą C, więc jak zaczęłam używać tego, to nie zauważyłam jakiejś wielkiej różnicy, trudno mi powiedzieć jak skuteczne jest jego działanie. To, co muszę przyznać, to fakt, że jest ono bardzo mało wydajne, 10 ml starcza na maksymalnie 3 tygodnie codziennego stosowania (raz dziennie). Wielokrotnie używałam tego kosmetyku, ale tak jak napisałam wcześniej, było to związane z tym, że trafiało do mnie często w boxach. Może u kogoś sprawdza albo sprawdzi się świetnie to serum, u mnie było takie nijakie, bez wyrazu, bez widocznych efektów. 

Żel pod prysznic Molton Brown rabarbar i róża, wielokrotnie miałam różne żele pod prysznic z tej serii. Pachną cudownie, są niesamowicie wydajne, a mowa tutaj o opakowaniu 100 ml, starcza na ponad miesiąc codziennego używania. Podejrzewam, że sama nie kupiłabym tak drogiego żelu pod prysznic, ale skoro dostałam go w jednej z paczek, to chętnie używałam. 

Dalej mamy starskin VIP superskin 7 second luxury all-day-mask, przedziwny to produkt, ma zastąpić całą pielęgnację twarzy, a wszystko to w formie jednego płatka kosmetycznego. Produkt oryginalny, ale bardzo przyjemny w użyciu. Płatek ma aż siedem funkcji: zapewnia masaż, złuszcza naskórek, tonizuje skórę, aplikuje serum, preparat nawilżający, maseczkę i bazę pod makijaż. Ja stosowałam ten produkt wieczorem i potraktowałam jako coś w rodzaju esencji, ponieważ nie pominęłam moich kolejnych kroków w pielęgnacji. Myślę, że samodzielne użycie tego produktu, w pewnym stopniu, przynosi korzyści opisane przez producenta. Skóra była po nim bardzo przyjemnie nawilżona, miękka, gładka i rozjaśniona. Gdybym używała tego produktu kilka razy w tygodniu, być może jakieś trwalsze efekty bym zauważyła, ale po jednym użyciu raczej wielkiej różnicy nie zobaczymy. 

Na koniec mam dwa produkty, których nie zdenkowałam, ale znalazły się w denku. Dlaczego? Ponieważ mam je już ponad dwa lata każdy i ani razu ich nie użyłam i raczej nie planuję. Łudziłam się, że kiedyś nadejdzie ich wielka chwila, ale nie... Nie ma co ukrywać, że powinnam się ich pozbyć. Pierwszy to żel antybakteryjny z marki Bottega Verde. Dostałam go do jednego z zamówień w sklepie Bottega Verde, tuż na początku pandemii. Bardzo nie lubię używać tego rodzaju produktów, myję ręcę kiedy się da, żele natomiast strasznie wysuszają skórę. Dodatkowo tam, gdzie trzeba użyć żelu, to zazwyczaj się automaty i nie ma potrzeby wyjmować własnego z z torebki. Generalnie produkt na plus, jeśli ktoś używa tego rodzaju produktów, pojemność to 150 ml, więc starcza raczej na długo. 

I ostatnim produktem na mojej liście jest Bumble and Bumble surf salt spray. Dostałam go kilka lat temu w jakimś boksie kosmetycznym i nie znalazłam okazji, żeby go użyć. Myślę, że nie jest to produkt dla mnie, stąd prawie trzech latach leżenia w mojej łazience, postanowiłam się go pozbyć.

Do zobaczenia w kolejnym denku.

xx





Komentarze

Popularne posty