Moja poranna pielęgnacja twarzy
Mam dwa scenariusze dotyczące porannej pielęgnacji, w zależności od tego, czy mam w planach makijaż czy nie. Czasami zdarza mi się też pomiąć jakiś mało znaczący kosmetyk, np. dodatkowa warstwa kremu nawilżającego. Zacznijmy od początku.
Pierwszym krokiem jest mycie twarzy delikatnym żelem lub pianką, obecnie stosuję żel do mycia twarzy Resibo. Mycie ma być delikatne, więc na pewno nie używam o poranku szczoteczki sonicznej. W zależności od tego, co mam w zapasach, zdarza mi się używać innego żelu/pianki do mycia twarzy niż wieczorem, czegoś delikatniejszego. Natomiast, jeśli akurat mam ten sam produkt na rano i wieczór, to skupiam się na tym, żeby rano mycie było delikatniejsze (bez szczoteczki sonicznej).
Następnym krokiem jest (powinien być) tonik, a następnie potem serum. Ja te dwa produkty zastąpiłam Elixirem od Samarite. W związku z tym, że regularnie stosuję retinol, zależy mi na jak najlepszym nawilżeniu twarzy. Serum, które przez dłuższy czas nakładałam po toniku, było zazwyczaj z witaminą C. Obecnie w wieczornej pielęgnacji mam produkt, który łączy witaminę C z retinolem, dlatego pozwoliłam sobie na zastąpienie elixirem tych dwóch kosmetyków.
Po elixirze czas na krem nawilżający. Jak pisałam w poprzednim poście, obecnie używam DivineCream Samarite. Jest super lekki, nie zawiera olejów, doskonale nawilża. Idealny pod każdym względem.
Czasami przed kremem nakładam serum po oczy The Ordinary z kofeiną i zieloną herbatą. Nie zawsze to robię, bo czasami nie mam czasu na dokładne wchłonięcie się produktu i przez to mi się roluje w ciągu dnia.
Zanim nałożę krem SPF 50, stosuję galaretkę peptydową MIYA o działaniu matującym i wygłądzającym. Świetnie się sprawdza przed ostatnim krokiem, jakim jest SPF. Bardzo ważne jest tutaj to, żeby zadbać o jak najcieńszą warstwę, w przeciwnym wypadku, jest ryzyko, że coś może nam się rolować w ciągu dnia.
I na sam koniec wpada krem SPF 50. Koniecznie, bo stosuję retinol. Tutaj miałam kilka przejść. Przez kilka lat używałam Dr.Jart Cicapair Tiger Grass SPF30. Świetnie się sprawdzał, zastępował podkład, zużyłam chyba z 5 słoiczków pod rząd. Do tego bardzo wydajny.
Po zielonym kremie z Sephory, wjechała emulsja SPF 50 od BasicLab. Tutaj miałam pecha… Trzy z kolei kupione przeze mnie opakowania pochodziły z wadliwych partii (różnych), w których wytrącała się krzemionka. W rezultacie jako ostatnią warstwę w pielęgnacji, na twarz nakładałam peeling… Dopóki krzemionka się nie wytrąciła, kosmetyk był absolutnym sztosem. O do tego stopnia, że kupiłam sobie na zapas kolejnych kilka opakowań, w których później się wytrąciła ta nieszczęsna kamionka. Z tego co kojarzę, to w składzie ich kremu SPF nie ma krzemionki, więc teraz raczej bym w niego celowała.
W związku z tym, że poszukiwałam na szybko jakiegoś SPF, bo już nie wytrzymywałam z peelingiem codziennie rano, stanęło na Satynowy krem SPF 50 od Bielenda Professional. Na razie sprawdza się świetnie, myślę, że kupię go ponownie jak się skończy. Taki mój pewniak obecnie.
W sytuacji, gdy wiem, że danego dnia nie będę nakładała makijażu, pomijam galaretkę i zamiast kremu Samarite nakładam coś treściwego, żeby silniej zregenerować skórę. SPF nakładam zawsze, niezależnie od pogody, wychodzenia z domu czy jakiegokolwiek innego czynnika.
.png)


Komentarze
Prześlij komentarz