Ulubieńcy #1
Ulubieńcy października, kilka perełek, które najbardziej przykuły moja uwagę w październiku.
Mystery box Look Fantastic LINK
Jak już wspomniałam w jednym z postów, w tym październiku rozpoczęła się moja subskrypcja beauty boxa od Look Fantastic. Czy się cieszę? Czy mi się spodobało? Odpowiedź brzmi: tak i to bardzo.
Sam fakt oczekiwania kuriera na początku miesiąca jest taki miły oraz świadomość, że nie jest to jednorazowe, tak będzie teraz co miesiąc!
Muszę przyznać osobiście, że pudełko, które będę otrzymywać co miesiąc, zmobilizuje mnie do ograniczenia wydatków na kosmetyki w ciągu miesiąca, przynajmniej mam taki plan. Co miesiąc w pudełku znajduje si minimum 5 produktów, planuje już nie dokupywać sobie nic w drogerii tak o, żeby sobie nastrój poprawić. W tym miesiącu się udało. Żadnych zbędnych maseczek do twarzy, olejków do ciała, cieni, pędzelków, gąbek czy kremów. Nigdy nie wiadomo co się trafi w kolejnym pudełku, wolne półki w łazience czekają w gotowości.
Trzeba podkreślić, że produkty z pudełka nie są próbkami, ale miniaturami lub pełnowymiarowymi produktami. Często miniatura stanowi ponad połowę oryginalnego opakowania. Czyli pożytek z kosmetyków będzie trwał dłużej niż podczas weekendowego wypadu z bagażem podręcznym.
Jaka jest jakość kosmetyków? Z najwyższej półki, podejrzewam, że raczej nie kupiłabym sobie na przykład kosmetyku za 500 zł, a w pudełku i takie się trafiają.
Uwielbiam czytać gazety i awsze marzyłam o tym, żeby móc regularnie czytać coś po angielsku, ale w Polsce czasopisma w języku angielskim kosztują dosyć dużo. W naszym boxie znajdziemy najnowszy numer ELLE wydania Brytyjskiego. Z tego jestem bardzo zadowolona, dodatkowo można ćwiczyć swój angielski.
No i samo pudełko jest samo w sobie bardzo urocze, może się przydać do przechowywania różnych rzeczy, a kilka pudełek z tej samej serii będzie ładnie wyglądać obok siebie.
Lada dzień przyjdzie listopadowe pudełko, podobno Hygge Edition… Recenzja pojawi się pod koniec listopada, jak już będę miała coś do powiedzenia na temat zawartości.
Face Theory LINK
Nowa marka kosmetyków, którą odkryłam koleżanką. Znaleziona przypadkowo przez jakąś reklamę, która się wyświetliła w Internecie.
Czym się wyróżnia ta marka? Są to kosmetyki naturalne, bez żadnych szkodliwych składników, które mogłoby zaszkodzić naszej skórze.
Już sama strona internetowa odzwierciedla prostotę kosmetyków.
Przed pierwszym zakupem z koleżanką, dokładnie przeczytałyśmy wszystkie opinie o produktach, zrobiłyśmy porządny research. To, co nam się rzuciło w oczy było to, że wszystkie opinie pod produktami miały w treści coś w stylu: fantastycznym, ekstra, doskonałe, cudo. Nie było przeciętnych opinii. To już nam dało do myślenia, że skoro tyle osób jest zadowolonych to, może warto zaryzykować.
Dużym plusem zamawiania jest to, że podczas kupowania dwóch takich samych produktów, cena jest niższa, a dodatkowo na pierwsze zamówienie jest rabat 30% no i przesyłka gratis.
W związku z tym, że strona nie jest polska, ceny podane są w EUR, ale nie powinno nas to odstraszać. Można tak skumulować zniżki, że średnia cena za produkt wyjdzie nam około 40 zł.
W pierwszym zamówieniu kupiłam sobie podstawowe produkty do pielęgnacji twarzy: krem nawilżający, peeling, serum oraz żel do mycia.
Jestem z nich bardzo zadowolona, już od pierwszego użycia czuć było, że skóra jest bardziej odżywiona, a wszystkie nakładane kosmetyki zupełnie inaczej (czyt. lepiej) się wchłaniają. Po dwóch tygodniach używania można zauważyć konkretną zmianą na plus cery no i to, co może interesować wiele osób, niedoskonałości znikają a koloryt się wyrównuje.
Krótko o tym, co kupiłam:
krem nawilżający Signature Moistruiser – ma bardzo treściwą i szybko wchłaniającą się konsystencję, nadaje się pod makijaż. Opakowanie jest z pompką, widać ile produktu zostało w środku.
Vitamin C Cream Cleanser – jest kremowy, delikatnie się pieni, bardzo wydajny, jego konsystencja powoduje, że mycie twarzy jest jak delikatny masaż
Centasoothe Serum – czuć, że dopieszcza naszą cerę, z każdym kolejnym użyciem możemy zaobserwować jak wygładza się stopniowo nasza twarz.
Glycolic Acid Face and Body Scrub – od razu rzuca się w oczy fakt, że produkt jest bardzo naturalny. W związku z tym, że jest z kwasem, podrażnia nieco twarz. Skóra jest zaczerwieniona, ale rano nie ma po nim śladu. Miałam taką reakcję pewnie dlatego, że regularnie używam delikatnych kosmetyków złuszczających i być może kwas połączony był już za silny. Na co dzień używam tego peelingi do całego ciała, jest bardzo wydajny, spełnia swoją rolę i wszystko po nim pięknie pachnie.
Już szykuję się na kolejne zamówienie pod koniec listopada, liczę na to, że będą jakieś specjalne promocje na Black Friday.
Myślę, że jak więcej rzeczy wypróbuje z tej marki, to napiszę konkretniej na temat poszczególnych produktów.
Słona tarta
W tym miesiącu wyjątkowo wiele razy zdarzało mi się przygotowywać słoną tarte. Może dlatego, że odkryłam jakie to proste.
Spód podpiekałam, a na wierzchu eksperymentowałam: duszone szparagi, na to wędlina i ser w plasterkach i na wierzchu puree ziemniaczane z jednym surowym jajkiem; łosoś, szpinak i sos beszamelowy; brokuły z puree ziemniaczany; i inne jeszcze wariacje, co tylko przychodziło do głowy, a potem do piekarnika na około 30 minut.
Szybki pomysł na kolację, a reszta doskonale nadaje się na lunch do pracy następnego dnia.



Komentarze
Prześlij komentarz